Szare Twarze

Szare Twarze – Paweł Bajew Kroomen

Jest dobrze po 22 kiedy zaczynam pisać tego posta. Widzę już tylko na jedno oko, ale piszę bo muszę napisać. Kolejna „Szara Twarz„, która wychodzi na światło dzienne miała być inna.


Zmieniłem nieco kolejność, żebyście mogli przeczytać „jeszcze ciepłą” relację z wernisażu bohatera, o którym dziś piszę. Wernisaż otwierający wystawę autorską Pawła „kroomen” Bajewa, miał miejsce wczoraj w krakowskim klubie „pauza„. Było to wydarzenie tym bardziej ciekawe, iż odbyło się w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie. Moja skromna osoba miała okazję tam się znaleźć.

Pawła przedstawiać nie trzeba. Jego galeria znana jest chyba wszystkim, którzy zaglądają na portale foto. Tym bardziej, że chyba jego wszystkie autoportrety z reguły wiszą w „topach”, o których my, szare myszki, śnimy po nocach. Słowo, które pierwsze nasuwa mi się na myśl, kiedy oglądam jego zdjęcia to…

…antyperspirant.

Natomiast drugie słowo, to koncept. Koncept wg. Pawła jest tym, co sprawia, że jego na pozór proste obrazki zahaczają się w naszej świadomości tak, jak metrowy tasiemiec uzbrojony zahacza się w jelicie cienkim nieświadomego człowieka. Z Pawłem mieliśmy okazje poprzebywać razem dobrych parę godzin. Zamieniliśmy kilka słów, jeszcze więcej kufli. Zdjęcia w sweterku odbyły się u szarej renety, która na pewno dostanie honorowy medal matki chrzestnej szarego projektu. Zrobię go z modeliny! Gdyby nie ona, nie wiem czy projekt rozwinął by się do tej postaci, w której znajduje się obecnie.

fot. Adrian Błachut
fot. Adrian Błachut
fot. Adrian Błachut

Dziś aż cztery zdjęcia, choć spokojnie mogłoby ich być dwa razy tyle. Plastyczność twarzy kroomen’a sprawia, że każde zdjęcie jego podobizny wygląda co najmniej dobrze. A jak jeszcze człowiek nieco się postara, można z Pawła wykręcić cuda!

Na drugi dzień odbył się wernisaż. Oczywiście miałem ze sobą aparat. Zaczęło się od oficjalnej mowy powitalnej i kilku słów o Pawle i samego Pawła. Potem wernisażowe wino,  po winie autografy, a po autografach spotkanie z Curtem Cobainem.

fot. Adrian Błachut
fot. Adrian Błachut
fot. Adrian Błachut

Po całym zamieszaniu i dołączeniu się Latzky’ego wybyliśmy na miasto w poszukiwaniu doznań, adrenaliny, inspiracji, a przede wszystkim kebaba czy innego chińczyka za dyche.

Na koniec poszliśmy znów do Renaty, tym razem uzbrojeni w baterie smakową spod znaku Żółądkowej. Po drodze ze sklepu natrafiając na lokalnego artystę poetę. Aż wyciągnąłem aparat z tej niespodziewanej okazji.

Napisałbym coś jeszcze, ale nie mam siły. Tyle dziś i do zobaczenia znów. Hawk!