Poradnik

Krótka historia o zapasowym aparacie

Dziś będzie nieco matrymonialnie, nieco dramatycznie, na koniec trochę szczęścia w nieszczęściu. Niech ta anegdota będzie przestrogą dla tych z Was, który wierzą w niezniszczalność swoich pstrykających pudełek.

Wczoraj, dosłownie 20h temu, stoję sobie w góralskiej karczmie pełnej gości weselnych, przygotowując się do zdjęcia z „rzucania lampek”. Para młoda wypija, bierze zamach, ja wciskam guzik i słyszę jak we wnętrzu mojego staruszka coś się mieli, kotłuje, kruszy. W pierwszej sekundzie nie bardzo zajarzyłem o co kaman, więc wciskam guzik jeszcze raz. Hhrrrrrrmmmtpfff! Jak coś nie pierdolnie…

Lampki poleciały, a ja odkręcam 17-40/4 której w okolicach bagnetu odstaje jakiś naderwany plastik. Wkurzał mnie, więc urwałem go od razu do końca. Zaglądam do body, a z wewnątrz wypada mi na dłoń lustro. „Czyli to dziś?” pomyślałem wzruszając bezradnie ramionami.

Szampan wypito, goście zasiedli do obiadu, a ja poszedłem do swojego stolika zdiagnozować uraz. Próbowałem wsadzić lustro z powrotem, ale nie chciało się trzymać cholerstwo, więc zamieniłem body. Tak, miałem zapasowe body. Zawsze mam. Tym razem było to 550D szarej. I tutaj już mogę powoli mówić o happy endzie, ale muszę jeszcze wspomnieć, że dosłownie w ostatniej chwili zdecydowałem się wziąć ze sobą lapa. Lapa, który okazał się bezcenny z uwagi na fakt, że 550D łyka karty SD, których miałem 1GB. Tak więc zapinałem co jakiś czas czytnik, żeby zrzucić gniotki na kompa.

Moje pokiereszowane, stare 5D spędziło kilka h w torbie, ale używałem go jeszcze co nieco. Przez brak lustra nie było obrazu w wizjerze, AF też pracował źle. Za to mój radziecki fish Zenitar 16/2.8 z ostrością ustawioną na nieskończoność okazał się bezbłędny 😉