Felieton

Przegrałem w sądzie z butem sędziego na plecach

O sądny dniu! pomyślałem otwierając oczy o 7:30 dziś rano. Za kilka godzin miała odbyć się druga rozprawa w Pszczyńskim Sądzie Rejonowym dotycząca mojego wypadku samochodowego sprzed pół roku, a we mnie wciąż tliła się nadzieja, że sprawiedliwości stanie się zadość.


Cała sprawa rozbijała się o rozstrzygnięcie, która z dwóch tez jest prawdziwa:

  1. Moja teza – pod koniec mojego hamowania dostałem  z tyłu od Nubiry, siłą odrzutu uderzając samochód przede mną. Pół sekundy później w mój tył Nubira uderza po raz drugi, a uderzenie to znów przesuwa mnie oraz 3 następne samochody. W momencie pierwszego uderzenia mój samochód prawie stał. Kierowca Nubiry prawdopodobnie w ogóle nie hamował. Mój fotel jest złamany, tylna oś przesunięta, radio samochodowe wystrzeliwuje do tyłu urywając kable, a poduszka powietrzna łamie mi nos.
  2. Teza policji oraz niemal wszystkich świadków, do której niektórzy z nich byli tak mocno przekonani, że krzyczeli na mnie w czasie pierwszej rozprawy. Jadę, nie wyhamowuję w skutek czego uderzam w samochód przede mną. Pół sekundy później uderza we mnie Nubira, która również nie wyhamowała.
Miałem zebrany obszerny materiał dowodowy, łącznie z prywatnymi opiniami rzeczoznawców ubezpieczeniowych, instruktorów jazdy, prawników. Odległości dróg zatrzymania przy różnych prędkościach, czasy reakcji, mapkę na której zaznaczony był dystans, który pokonałem hamując. Wszyscy jednym chórem przytakiwali na moje argumenty i trzymali kciuki. Jednocześnie wszyscy byli przekonani, że zawiłość tej sytuacji bezsprzecznie wymaga opinii biegłego, który będzie w stanie określić odległości, prędkości wynikające ze zniszczeń mojego samochodu, który do tej pory stoi na podwórku. Nic takiego się nie stało, sędzia odrzucił wniosek. Biegłego nie było, był wyrok.
A w uzasadnieniu wyroku usłyszałem, że cały zebrany materiał dowodowy nie pozostawia złudzeń, iż nie zachowałem należytej ostrożności czym doprowadziłem do najechania na 3 samochody stojące przede mną. Po przesłuchaniu wszystkich stron, Sąd nie uznaje za prawdziwe, iż pierwsze uderzenie całego wypadku, było właśnie w mój samochód i zasądza grzywnę, koszty sądowe, blablabla…
A teraz kilka ciekawostek z zeznań i dowodów:
  • Kierowca Nubiry zeznał, że przed uderzeniem jechał 40km/h. Dodał również, że tak mocno hamował (świeżo wymienionymi tarczami hamulcowymi), iż pękła mu kość w stopie. Dodał, że nie trafił mnie aż tak mocno, uszkodził sobie tylko chłodnicę.
  • Kierowca Nubiry zeznał również, że miał kamerkę w samochodzie, ale coś mu tam szwagier pokombinował i nic się nie nagrało…
  • Kierowca samochodu uderzonego przez samochód uderzony przeze mnie, czyli czwarty licząc od ostatniej Nubiry, był przekonany, że słyszał piski moich opon. Na zdjęciach policji nie ma żadnych śladów hamowania, ponieważ nie hamowałem awaryjnie. Kierowca Nubiry w ogóle nie hamował.
  • Żaden inny świadek z prawie 10 osób nie słyszał pisków.
  • Droga, którą pokonał mój samochód od momentu hamowania, do zatrzymania między 2 samochodami, to przeszło 80m, podczas gdy droga zupełnego zatrzymania w tamtych warunkach drogowych, przy 70km/h to ok. 50m (wliczając 19m czasu reakcji)
  • Kierowca Nubiry zeznał, że zajechałem mu drogę, co oczywiście było nie prawdą. Żaden inny świadek nie potwierdził, żeby widział mnie zmieniającego pas ruchu przed uderzeniem.
  • Jeśli mój samochód był uderzony tylko raz, dlaczego mam skasowany cały tył, a nie tylko prawa jego stronę? Dlaczego stoję po lewej stronie, kiedy jechałem na wprost?
Tył raz uderzonego samochodu przez samochód jadący 40km/h
Uszkodzona chłodnica Nubiry
Piski opon od hamowania nowymi tarczami hamulcowymi, od którego pęka kość stopy.
Na koniec dodam, że dawno nie czułem się tak bardzo niesprawiedliwie potraktowany (ostatni raz chyba na studiach. Tych w Polsce oczywiście). Przeciwko mnie zeznawało łącznie 9 osób, włączając policjanta. Ten, od momentu kiedy zobaczył mnie w karetce, traktował mnie jak przestępce. W oczekiwaniu na wyrok, kiedy siedziałem obok rozentuzjazmowanej grupy świadków, oskarżyciela posiłkowego i jego mecenasa i słuchałem żądań jakto sędzia powinien przyznać im zadośćuczynienia z mojego portfela, żeby mnie przykładnie ukarać, a tę kasę to by na dzieci wpłacili, nie dla siebie. Że boją się samochodami jeździć, budzą się w nocy, pół roku brali leki narkotyczne, a na widok czarnego samochodu popuszczają mocz, pomyślałem, że to wszystko jest po prostu śmieszne, a jedyna osoba, której samochód został skasowany – ja – jest oskarżona i skazana. Nie wiem jakim cudem wyszedłem z tego sprasowanego punto bez szwanku, bez leków narkotycznych, pół roku noszenia kołnierza ortopedycznego i sikania w pieluchę, ale dziękuję za to losowi i nie zamierzam się nad sobą użalać.

Na apelację w mam 7 dni, ale chyba sobie podaruję, bo już mi się nie chce.