Felieton

Piątek piąteczek piątunio nie dla freelancera

Stojąc z Ludwikiem w ręku nad przepełnionym zlewem, po raz kolejny w radio usłyszałem ekscytującą zapowiedź nadchodzącego weekendu:

…drodzy słuchacze, dziś piątek, piąteczek, piątunio, a więc trzymajcie się dzielnie w ostatnich godzinach pracy kończącego się tygodnia!

Niby nic niezwykłego, mem znany wszystkim, tylko tym razem będąc świeżo po kilkudniowym „maratonie freelancera” zebrało mi się na kuchenne przemyślenia.

To już piątek?

Po pierwsze zdałem sobie sprawę, że w ogóle jest piątek. Wszystkich etatowców na pewno zdziwi ten fakt, ale życie freelancera często nie toczy się tradycyjnym rytmem kalendarzowym. Dni i noce lubią się przeplatać, zlewać, łączyć w maratony, w czasie których głowę zaprząta prawie wyłącznie zadanie do wykonania. Freelancer żyje rytmem, który określiłbym mianem „terminowo-fakturowego”, gdzie dni zleceń razem z terminami faktur nadają tempo jego egzystencji. Jeśli więc w piątek nie mam zdjęć, ani nie czekam w rozentuzjazmowanym napięciu na przelew od klienta, raczej nie zanotuję, że to właśnie piątek piąteczek piątunio.

Nie mogę, pracuję

Zupełnym przeciwieństwem jest sytuacja, kiedy w piątek wypada sesja zdjęciowa, termin oddania zdjęć, albo klientowi właśnie przypomniało się, że miał dosłać listę poprawek i robi to o 19:13. Sesja może też wypaść w sobotę, co zdarza się często, bo w teoretycznie dzień wolny najłatwiej zsynchronizować grupę osób. Cały piątek pożera ustalanie szczegółów i logistyka.

Wtedy nie ma zmiłuj, nie ma piątunia. Rękawy do góry i jazda z koksem. Ile to razy pracowałem w piątek do późnej nocy, albo w sobotę od samego rana i nawet przez myśl mi nie przeszło, że życie zabiera mi właśnie cenny weekend.

praca na etat

Pamiętam jak lata temu, przy różnego rodzaju pracach etatowych, życie upływało mi na liczeniu godzin do końca zmiany. Nienawidziłem tego. Czułem się ubezwłasnowolniony przez czas i miejsce, w którym musiałem się znajdować. Nienawidzę kiedy muszę odliczać godziny swojego życia modląc się do zegarka, żeby odmierzał szybciej. Nie chcę, żeby już nadeszło potem. Chcę delektować się teraz.

Żeby nie było tak słodko-pierdząco, freelancer’ka niesie ze sobą tyle samo wad ile zalet. Bycie zawsze-w-pracy jest chyba najczęściej występującą i najbardziej przytłaczającą. Nie zmienia to jednak faktu, ze po 5 latach pracy jako freelancer z czystym sumieniem mogę napisać, że pałam dokładnie taką samą sympatią do wszystkich siedmiu dni tygodnia, na zegarek spoglądam rzadko, a zjawisko „piątek piąteczek piątunio” jest mi zupełnie nieznane. Robię to co lubię i mogę to robić we wszystkie dni tygodnia, tak samo jak we wszystkie dni tygodnia mogę sobie robić piątunie!

  • x

    gorzej, jeżeli ma się więcej ‚piąteczków’, niż tych dni pracujących…

  • I skąd ja to znam a lda chwila sezon ślubny ruszy pełną parą, mimo zajętych większości weekendów od kwietnia do listopada nigdy bym tego nie zamienił na etat

    • Freelancer piątkowy

      od kwietnia do listopada? Proszę Cię! 😉

  • Freelancer piątkowy

    Coś o tym wiem! Piątunia nie było od lat 🙂